- O czym chciałaś ze mną porozmawiać? - powiedziałam do Destiney, kiedy wchodziłyśmy po schodach do mojego pokoju.
- No o Ri...
- Nie wspominaj jego imienia.
- Ok, ok. No więc, kurde, nie wiem jak... nie wiem jak ci to...
- Wal prosto z mostu.
- Tylko... nie wiem czy to, co powiem cię nie... no, nie zrani - powiedziała, siadając na łóżko.
- Co mogłoby mnie 'zranić'?
- Ja chciałam ci to powiedzieć wcześniej, ale on...
- O co ci chodzi? - powiedziałam z lekkim oburzeniem.
- Ja i... my... Ja i Rick... jesteśmy razem.
- Eee, aha? Czemu myślałaś, że to może mnie zranić? Ja już do niego nic nie czuję.
- Naprawdę? Uff. Co za ulga - westchnęła.
- Tylko... czy ty już nie pamiętasz co on mi zrobił? Nie pamiętasz, jak zdradzał mnie z Ashley?
- Pamiętam... ale, ja wiem, że on się zmienił. Wiem, że teraz jest inny, że mnie kocha, szanuje...
- Ja na twoim miejscu nie wierzyłabym mu. Ale z drugiej strony chciałabym być znowu zakochana. Chciałabym znów mieć kogoś, z kim byłabym szczęśliwa... - zauważyłam, że Des patrzy na mnie jakbym była po jakimś groźnym wypadku. - nie patrz tak na mnie :)
- Na pewno kiedyś znajdziesz sobie kogoś odpowiedniego.
- Tyle że ja już nie wiem komu mogę ufać, Destiney.
- Victooria! - rozległ się jakoś dziwnie radośniejszy niż zwykle głos mamy. - Chodź!
Zbiegłyśmy z Destiney na dół i zobaczyłam, że mama trzyma jakąś kopertę.
- To do ciebie. Z Uniwersytetu.
Byłam bardzo zdenerwowana. Jeśli się rozmyślili i jednak mnie nie przyjmą? Ręce mi się trzęsły kiedy otwierałam kopertę. Treść listu:
"Szanowna Pani Victorio!
Pragniemy Panią poinformować, iż nie ma już miejsca na stypendium dla Pani. Jest jednak pewna możliwość, aby mogła Pani u nas studiować.
Zgodnie z regulaminem naszego Uniwersytetu, studenci powinni przyjechać co najmniej 3 miesiące po zakończeniu roku szkolnego, jednakże w Pani przypadku możemy odstąpić od regulaminu i mogłaby Pani przyjechać za tydzień.
Oczywiście moglibyśmy zlikwidować Panią z listy studentów, ale zaskoczyły nas Pani wyniki. Bardzo chcielibyśmy mieć Panią w gronie naszych studentów, dlatego mamy nadzieję, że zaszczyci nas Pani swoją obecnością za tydzień.
Z poważaniem
Uniwersytet London Photography"
- I co? - spytała mama z nadzieją, lub niepokojem; trudno stwierdzić.
- Wyjeżdżam za tydzień - powiedziałam z zapałem.
Tydzień później
Ostatni tydzień minął mi na pakowaniu się, rozmawianiu ze starymi znajomymi i myśleniu, jak odegrać się na Ashley. Dzisiaj już wyjeżdżam do Londynu. Jestem zdenerwowana, a zarazem ciekawa.
- Jesteś dobrze spakowana?
- Tak, mamo.
- Wzięłaś szczoteczkę do zębów?
- Tak, mamo.
- A pastę?
- Yyy, nie, mamo.
- I ty jesteś dobrze spakowana?
- Oj, mamo! Dam radę. Jeśli czegoś nie wzięłam, poradzę sobie i kupię to, czego nie mam. Spokojnie.
- Ja się po prostu o ciebie martwię. I będę tęsknić! Nie myśl sobie, że nie będę dzwonić. Przecież będziesz setki kilometrów stąd.
- Jesteś dobrze spakowana?
- Tak, mamo.
- Wzięłaś szczoteczkę do zębów?
- Tak, mamo.
- A pastę?
- Yyy, nie, mamo.
- I ty jesteś dobrze spakowana?
- Oj, mamo! Dam radę. Jeśli czegoś nie wzięłam, poradzę sobie i kupię to, czego nie mam. Spokojnie.
- Ja się po prostu o ciebie martwię. I będę tęsknić! Nie myśl sobie, że nie będę dzwonić. Przecież będziesz setki kilometrów stąd.
- Nie martw się. Poradzę sobie.
- O której masz samolot?
- Uum, 13.45, a co?
- Co? Ty wiesz która jest godzina?
- O której masz samolot?
- Uum, 13.45, a co?
- Co? Ty wiesz która jest godzina?
W tej chwili uświadomiłam sobie, że mam 10 minut na pożegnanie się z tatą, Louisem i Destiney (ewentualnie z Molly), bo droga na lotnisko zajmuje mi samochodem 15 minut.
- Ugh, cholera.
- Wyjdź na dwór. Ktoś tam na ciebie czeka.
- Ugh, cholera.
- Wyjdź na dwór. Ktoś tam na ciebie czeka.
Aha, pewnie tata i Louis przyszli się ze mną spotkać. Pewnie będzie też Destiney.
Kiedy wyszłam na podwórko, zobaczyłam - tak jak się spodziewałam - tata, Louis i Destiney, ale oprócz nich był ktoś jeszcze: Rick. Starałam się nie złościć, ale raczej mi się nie udawało.
Kiedy wyszłam na podwórko, zobaczyłam - tak jak się spodziewałam - tata, Louis i Destiney, ale oprócz nich był ktoś jeszcze: Rick. Starałam się nie złościć, ale raczej mi się nie udawało.
- Yy.. Czeeść... - najpierw podeszłam do taty. Dał mi buziaka w policzek i powiedział, że na pewno będę kiedyś sławną fotografką. Później podeszłam do Louisa.
- Siema 'mała' - powiedział z szerokim uśmiechem Louis, po czym dał mi buziaka w policzek.
- Siema 'mała' - powiedział z szerokim uśmiechem Louis, po czym dał mi buziaka w policzek.
- Hej!
- Hmmm moja mała Vicki wyjeżdża do Londynu! I to na studia... Kurde, czy ja jestem aż taki stary? - powiedział to z takim przejęciem, że wybuchłam śmiechem.
- Haha! Pff, ogaarnij się :)
- Oook, trzymaj się młoda.
- No, to jeszcze ja - krzyknęła Destiney, trzymając za rękę Ricka.
- Hmmm moja mała Vicki wyjeżdża do Londynu! I to na studia... Kurde, czy ja jestem aż taki stary? - powiedział to z takim przejęciem, że wybuchłam śmiechem.
- Haha! Pff, ogaarnij się :)
- Oook, trzymaj się młoda.
- No, to jeszcze ja - krzyknęła Destiney, trzymając za rękę Ricka.
- Ekhem, my - wtrącił się Rick.
- Noo - powiedziałam z oburzeniem.
- No to co, wyjeżdżasz. Będę za tobą tęsknić :(
- Ja też. będziemy gadały przez Skype'a czy coś... Trzymaj się!
Z mamą pożegnałam się już w domu, ale jeszcze podbiegłam do niej i pocałowałam ją w policzek. Teraz czas jechać na lotnisko. Jeju, jak ten czas szybko mija. Na razie będę mieszkała u dziadków. Mieszkają w Londynie. Później wynajmę jakiś pokój u kogoś. Jakoś będzie.
- Noo - powiedziałam z oburzeniem.
- No to co, wyjeżdżasz. Będę za tobą tęsknić :(
- Ja też. będziemy gadały przez Skype'a czy coś... Trzymaj się!
Z mamą pożegnałam się już w domu, ale jeszcze podbiegłam do niej i pocałowałam ją w policzek. Teraz czas jechać na lotnisko. Jeju, jak ten czas szybko mija. Na razie będę mieszkała u dziadków. Mieszkają w Londynie. Później wynajmę jakiś pokój u kogoś. Jakoś będzie.
- Cześć, wszystkim!
Przeczytałeś? Skomentuj!
Dziękuję Karolinie, która dała mi motywację pisząc miły komentarz pod ostatnim rozdziałem. Nie mam dzisiaj za dużo czasu, więc przepraszam, że nie jest za bardzo długi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz